15 July 2008
No i po terrAkademikonie...
Przyznam szczerze, że odczuwam pewien niedosyt... Nie dlatego, że czegoś tam brakowało, ale skrycie pragnąłbym, żeby te trzy dni przeciągnęły się w nieskończoność. Cóż, mam ku temu powody
Tutaj znajdziecie garstkę informacji o tym niesamowitym projekcie, oraz o jego punkcie kulminacyjnym, czyli o LARPie "Sen Nocy Letniej", utrzymanym w klimacie, po części romantycznym, po części elżbietańsko-szekspirowskim arcydziele przygotowanym specjalnie na tę okazję.
Zacznę jednak od początku. Gdy pierwszego dnia dojechaliśmy ze znajomymi na miejsce, oczom moim ukazała się wiejska chatka na środku pola... Przez cały okres przygotowań, orgowie miejsce, gdzie minikonwent miał się odbyć nazywali ranczem, tak więc moje zdziwienie było całkiem spore, gdy taki właśnie widok ukazał się moim oczom. Nie przeraziłem się jednak, tylko pierwsze co zrobiłem to było złapanie piwa i dołączenie się do zabawy
Cała noc zeszła nam na dzikich harcach w rytm muzyki z lat 70 i 80 (nawet nie sądziłem, że ktoś, oprócz mnie lubi takie rzeczy :P ). Gdy następnego dnia położyłem się spać, spałem około 3 godzin, co i tak było rekordem, jeżeli chodzi o tę imprezę :P.
Następnego dnia, gdy wszyscy doszli już do siebie (czyli we wczesnych godzinach nocnych) rozpoczął się LARP. Przyznam szczerze, że był to najlepszy event, w jakim kiedykolwiek wziąłem udział. Nie był to zwykły LARp, gdzie każdy dostaje gotową postać, siedzą sobie zamknięci w pomieszczeniu i knują, jakby to ogołocić z fortuny swojego wroga (gdyż tak w większości przypadków wyglądają LARPy konwentowe). Nikt nie dostał gotowej postaci (wyjątkiem były osoby, które ostatnie stwierdziły chęć udziału), a jedynie ich zalążki. Dosłownie dwa zdania - rolę, jaką będzie w LARPie pełnił. Resztę pisali sami gracze. Opowiadali swoje historie, a wtedy MG przeplatał ich własne wątki z wątkami wymyślonymi przez innych. Efekt był powalający. Fabuła, którą utkali niczego nie podejrzewający gracze rozrosła się do tak niesamowitych rozmiarów, że gdy wszystko było już skończone, opowiadaliśmy sobie swoje historie przez jakieś 4 godziny. Za każdym razem wychodziło coś nowego. Mogę się założyć, że LARP ten był jedynym w swoim rodzaju przedsięwzięciem. Mam również nadzieję, że tradycja ta na stałe wejdzie w poczet Grimuarowych imprez.
Co jednak najbardziej rozłożyło mnie podczas tego LARPa na łopatki to jego klimat. Pisałem już wcześniej, że był on ciężki, duszny, romantyczny (napisałem to innymi słowami, jakby ktoś tego nie dojrzał). Wyobraźcie sobie tabor cygański, który zatrzymał się w lesie na odbycie tradycyjnego święta Hilwat (nazwa powstała na potrzeby LARPa). Oprócz cyganów, obecni są również zaproszeni goście, między innymi szlachcic, antropolog, oraz dziki myśliwiec zamieszkujący okoliczne bory. Lecz nie tylko oni. Hilwat to noc magiczna podczas której grzeszne dusze wracają do życia i aż do świtu korzystać mogą z przywilejów osób żywych...
Przed samym rozpoczęciem, gdy wszyscy zaproszeni zebrali się wokół ognia, przeszedł mnie dreszcz. Ludzie naprawdę wyglądali jak wyjęci z tamtej epoki. Stworzyło to tak niesamowity klimat, że nawet osoby, które pierwszy raz brały udział w takim przedsięwzięciu nie miały problemu ze wcieleniem się w postać. Aż brak mi słów.
Jako podsumowanie mogę tylko powiedzieć, że osoby, które miały szansę tam być, a nie wykorzystały jej mogą żałować. LARP ten był wydarzeniem historycznym w pewien sposób. Aż żal było go kończyć. Wciąż można powiedzieć, że żyję w tamtym spokojnym na pierwszy rzut oka, cygańskim świecie.